Przejażdżka z Anią po dalszej okolicy. Popołudniowy relaks na dwóch kołach, troszkę po asfalcie, troszkę po lesie i troszkę po szutrze. Tak jak na poniższej mapce:
Veny do zdjęć dziś nie miałem, ale takie 3 są: Opuszczony i niszczejący dwór z 2 połowy XIX w. w Kociałkowej Górce.
Szuterkiem przez Nową Wieś Lednogórską.
Jedyny "wieżowiec" w Pobiedziskach. Wieża technologiczna firmy Baumit mierzy 57 metrów wysokości i jest dobrym kierunkowskazem w całej gminie.
Dziś był taki dzień, że wiało. A jak wiatr dmie to do lasu, albo w jego okolice, aby się schronić. Planu wielkiego nie było, więc wyjechaliśmy na spontana. Jak się okazało wycieczka wyszła finalnie baaaaaardzo przyjemna i było sporo terenu na przeróżnych typach nawierzchni oraz nawet kilka nowości, jak choćby piękna stara chata w Borowie - Młyn. Trasę na bieżąco wymyślałem ja i prowadziła w 100% w naszej gminie Pobiedziska. Ania mi tylko wtórowała z zadowoleniem na twarzy.
trasa:
ździsie: Przeprawa przez rzekę Główną w okolicach lasu Olszak w Borowie - Młyn. Główna w tym roku prawie wody nie ma w tym miejscu.
Jazda Olszakiem. Singiel oferował nam bagniste widoki po obu stronach. Kontakt z naturą :-)
Stara, pięknie utrzymana chatka w Borowie - Młyn.
Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie świeciło dziś pustką.
Piaszczystą droga z tarką w Stęszewku - nie dla mięczaków :-)
Ale piękne miejsce dziś odwiedziłem z Anią. W miejscowości Pakszyn, tuż za Czerniejewem leży pewne gospodarstwo, w którym uprawiana jest lawenda. Poletko nie jest wielkie, ale to co jest, wystarczy aby zachwycić się pięknem i zapachem tego uroczego miejsca. Co mnie zdziwiło, to nieznajomość tej miejscówki, ponieważ okolice te wydawało mi się , że zjeździłem wzdłuż i wszerz, a tu proszę - wpadka. O Lawendowych Zdrojach dowiedziałem się z bloga Sebka oraz z TV. Na miejscu sporo było turystów w odświętnych strojach. Kobiety w kolorowych sukienkach, a mężczyźni w marynarkach - sesje fotograficzne pierwsza klasa. Nam również się bardzo podobało i polecamy każdemu odwiedzić to miejsce, w szczególności właśnie teraz, kiedy trwają lawendowe żniwa.
trasa:
Zapraszam do kolorowych ździsiów: DDR Wierzyce - Czerniejewo
uzupełnienie kalorii w Czerniejewie
Pakszyn - Lawendowe Zdroje
Pakszyn - Lawendowe Zdroje
Pakszyn - Lawendowe Zdroje
Pakszyn - Lawendowe Zdroje
Pakszyn - Lawendowe Zdroje
widok na Czerniejewo z Pakszyna
W Pakszynie widziałem też taką atrakcję - Syrena w wersji pickup.
Powrót Lasami Czerniejewskimi.
Jezioro Baba. Deszcz to był nasz dzisiejszy najczęstszy towarzysz.
Przeraża mnie ilość potrąconych zwierząt na drodze do pracy. Dziś widziałem zmasakrowane zwłoki sarny, dwóch kun leśnych, jakiegoś ptaka drapieżnego, lisa, zaskrońca i dwóch kotków i to na odcinku 20km. Wielki smutek :-((((( Drastycznych zdjęć oszczędzę, wstawię jedynie fotkę pięknego Rynku w Pobiedziskach.
Wyjeżdżając rano z Pobiedzisk, obrałem nieco inną trasę niż zwykle w celu uniknięcia rutyny i od razu utknąłem na przejeździe kolejowym, gdzie akurat szlabany zamknięte były prawie 15 minut. Rutyny nie było, ale była za to gęsia skórka na rękach i nogach, bo temperatura wskazywała prawie 13*C. Oprócz tego, stojąc przed szlabanem, cyknąłem zdjęcia dwóm składom, osobowemu i towarowemu. Ten drugi ciągnął kilkadziesiąt wagonów z tojotami i leksusami. Do pracy znów pod wiatr, a z pracy z wiatrem w plecy, więc płynąłem na rowerze bez wysiłku :-) Siemens Vectron
EU07-005
Rano było rześko. Ale wolę to, niż 40*C w cieniu ;-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017