No wreszcie dziś można było pokręcić w nieco ekstremalniejszych warunkach. Kiedy rano o 6:30 wyjeżdżałem z domu, moje ciało przeszyte zostało mroźnym powietrzem (był efekt wow!) i mogę powiedzieć, że to był pierwszy taki powiew zimy tego roku, bo temperatura oscylowała w okolicach -3*C, a to już prawdziwy mróz. Oczywiście byłem przygotowany i strój dobrałem idealnie do warunków, czego efektem był komfort termiczny na całej trasie, zarówno w drodze do pracy, jak i z powrotem, kiedy termometr wskazywał ok.0*C.
Dla chętnych, a niezdecydowanych do jazdy w mrozie podam jak się ubrałem: 1. spód - gacie, skarpetki bawełniane artengo z decath....spodnie ocieplane z decath.....na szelakach, "adidasy" i ocieplacze endura z neoprenu na stopach. 2. góra - krótka koszulka z poliestru, długa koszulka z poliestru, bluza rowerowa bez ocieplenia, kurtka jesienna bez ocieplenia z Lidla o taka - tutaj. 3. głowa - kominiarka, czapka z poliestru, kask. 4. dłonie - rękawiczki długie z decath.... Oczywiście każdy ma indywidualną odporność na niskie temperatury i trzeba dobierać strój według własnego zapotrzebowania. Ja też mam strój na tęgi mrozy, w których lubię jeździć i wtedy mam garderobę ekstra, czyli full ocieplenie i bielizna termo, ale na dzisiaj to co założyłem wystarczyło w 100%.
Poza tym, jazda w takich warunkach, w końcówce listopada, kiedy rano jest ciemno i po południu jest też ciemno, daje zastrzyk endorfin na wysokim poziomie - polecam każdemu i nie ma się czego bać - wystarczy się tylko odpowiednio ubrać.
ździsie: Zaczyna świtać.
Szron jest piękny.
Witam słońce.
A oto niebo, po wyjeździe z pracy. Dni są już naprawdę krótkie.
Komentarze (5)
Temp widać na zdjęciach a co do ubioru to po latach stwierdzam ze warto czasem zapłacić za cos dobrego niz marznac.
Polecam też skarpety z wełną merynosa. Też zakupiłem je w tym francuskim sklepie sportowym :D Skarpety dają radę. Nie są mokre, a dobrze trzymają ciepło. No i wiadomo, że jak jazda po zmroku, czy też zanim dzień wstanie do życia, to porządne lampki, a nie jakieś pseudo mrugające plastikowe skorupki. Tutaj warto dołożyć trochę złociszy dla własnego bezpieczeństwa.
Foty piękne! Dobry ubiór to podstawa, ja na niższe temperatury mam spodnie z membraną wiatroszczelną Shimano, do tego czapka pod kask, ochraniacze na butt również tej samej marki z taką samą membraną. Pod spód zakładam potówkę z długim rękawem z Deca, na to koszulka z krótkim, bluza ocieplana i kurtka Viking lub softshell 4F. Swoją drogą ja już tej jesieni zaliczyłem jazdę przy -5,5°C ;)
Jazda po ćmoku jest spoko, ale zimą niestety trzeba wycierać szalik/komin albo okulary. Wybory: łzy w oczach lub usta oszczypane. Jazdy nocne więc wg. mnie lepsze latem ;)).
Późna jesień i zima też mają oczywiście swoje plusy - właśnie wschody i zachody słonka, i o niebo lepsza widoczność ;].
Podobny zestaw zimowy jak u mnie :) Ciuchy z Deca... dają radę, jako uzupełnienie te z Lidla (choć dawno mnie tam nie było, ale w szafie coś tam jeszcze leży), podwójne skarpety i da się żyć, przynajmniej na dystansie +/- 30 kilosów. Potem się robi lekki problem, ale do wytrzymania :)
Szronik też dziś widziałem, dobrze sobie przypomnieć, jak toto wygląda.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017