Muszę się Wam do czegoś przyznać. Jestem chyba lekko jebnięty, bo zdarza mi się gadać do roweru...Normalnie staję sobie gdzieś na szlaku, opieram rower o drzewo i se gadam na głos do niego, wychwalając i zapewniając że niczego mu nie braknie itp. .....się człowiek przywiązuje do tej przecież rzeczy :-)
No a jeśli chodzi o dzisiejszy wypad, to oczywiście kolejny dzień kiedy ciąłem po drogach nie asfaltowych. Między polami jechałem do lasu, a w lesie jechałem między drzewami po kamykach i piachu, na korzeniach i w błotku. Na pewnej polnej dróżce to nawet udało mi się wycisnąć 53km/h. jadąc lekko z górki :-0 Było bardzo przyjemnie i smacznie, bo nawet jagód się nażarłem jak dzik jakiś. Jak żubrowałem w krzakach jagód, to mi kleszcz po ręce chodził, więc trzasnąłem mu w łeb i zdechł, tak więc uwaga - po każdej jeździe w terenie trzeba oglądać ciało, czy jakiś pasożyt się nie zagnieździł w ciele.
Kolejna porcja jazdy w terenie zaliczona, a rower działa jak marzenie - sama przyjemność. Narka
Jak zwykle fajny trip i opis, nie wiem czy na kleszcze nie ma jakiś środków odstraszających, nieraz na tych buteleczkach jest napisane, że na kleszcze... ale jak to działa to już nie wiem. Podobno musi mieć Deet.
Ja czasem gadam do siebie w czasie jazdy na rowerze w ruchu miejskim. Są to przeważnie przesycone łaciną komentarze odnośnie zachowania spaliniarzy. :)
Żabie udka nie, ale może cąłusa. Kleszcza na szczęście chyba jeszcze nie miałem na sobie, ale patrząc na linie papilarne łatwo go można przeoczyć. Ładną pogodę miałeś :) , jak na las czysty rowerek . Dobry wpis , a jebnięty to każdy chyba jest na swój sposób :P:P hehehe
Stary, ja może do rowerka nie gadam (choć poklepałem go czule po siodle po tygodniu bezawaryjnej jazdy po ścianie wschodniej), za to śnią mi się bicykle i to dość niekonwencjonalnie ;) Cykloza trzyma i nie odpuszcza! :)
Ty nam się nie przyznawaj... ty pogadaj o tym ze specjalistą :) RamzY - hehe las to śmiertelnie niebezpieczne miejsce - jadowite ropuchy, pasożyty na smakołykach i zewsząd spadające kleszcze z boreliozą w odwłokach :).
nie błoto tylko maseczka ;) nie żaba tylko ropuszka a jagody mogą mieć ehinococcus granulosus czy jak to się pisało ;/ swoją drogą też trzeba uważać tj na kleszcza ;)
To nie jesteś sam :) Ja wczoraj swoją Meridę poklepywałem po drodze i mówiłem jej, że świetnie dała sobie rade na długiej trasie i w deszczu. A potem zapewniałem ją, że dokładnie ją umyję jak wrócimy, żeby się nie gniewała za to błoto na ramie :) tak trzymać :)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017