Rano jak wiadomo pojechałem do pracy, a ciepło było na tyle że założyłem krótkie gacie i dobrze zrobiłem, bo po 8h pracy w tym ciepełku postanowiłem od razu jechać na Dziewiczą Górę i zrobić sobie jakiś porządny trening na pagórkach.
Ale się wyszalałem na Dziewiczej...na początek postanowiłem rzucić wyzwanie najcięższemu z tamtejszych podjazdów - "killerowi" i podjechałem bez żadnych problemów, a to znaczy że jest moc! Potem to już prawdziwa zabawa na zjazdach, podjazdach, wąskich singlach, na liściach, wybojach, między drzewami i w piachu którego dziś nie brakowało. Na sam szczyt tego nie wysokiego, lecz wymagającego jak na wielkopolskie warunki wzniesienia, podjeżdżałem chyba z 10 razy. Na jednym z wąskich zjazdów uzyskałem prędkość maksymalną = 55km/h jadąc między drzewami, wybijając się na muldzie i wylatując w powietrze na ponad metr :-) Było to mega ekscytujące i niebezpieczne, ale czasem muszę nałykać się adrenaliny w lesie, bo na tych nudnych asfaltach ze świecą szukać takich wrażeń.
Dziś było na prawdę bardzo wiosennie i przyjemnie, a jak wracałem przez las do domu, to do mojego nosa wpadał niesamowicie świeży i niepowtarzalny zapach - Nareszcie mamy tą upragnioną wiosenkę :-)
Za to ja polnej drodze poczułem drugi zapach oznaczający wiosnę. Świdrująca, kwaśna woń świeżo rozrzuconego obornika. Na szczęście wiatr był pomyślny :)
Chciałbym, aby w terenie, w moim terenie było tak sucho... Jest u Ciebie zdecydowanie wiosennie i przyjemnie. Z dnia na dzień i u mnie coraz lepiej, ale o jeżdzie w terenie mogę tylko pomarzyć. Pozdrawiam serdecznie
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017