Tej ale gnój! Coś się zesrało na niebie i poleciało to białe coś, że aż się jechać nie dało. Jak tak już nawaliło, to do lasu, ale tam jakaś gehenna. Szkoda gadać, bo w lesie to się wlekłem jak sparaliżowany 5km/h w śniegu po kolana. Ale ja się nie poddaję tej "super" zimie i robię zrywy na jej białym ryju, moimi oponami! Nawet jak mnie zatrzymywała w zaspie, nawet jak co chwilę spadałem z roweru, jak mi koła zarzucało, to ja dziś z nią wygrałem i zrobiłem jej na ryju same ślady :-) Wygrałem ty rozje...a zimo - rozumiesz? Jak tak sobie jechałem to kur...y i hu...e co chwilę leciały pod jej adresem, raz to nawet splunąłem prosto w ten jej biały ryj :-)że aż mi okulary zaparowały. To sobie je zdjąłem i zawiesiłem gdzieś na kurtce i je potem zgubiłem :-S No to jak się potem zorientowałem, to znowu musiałem zapodać w ten pół metrowy śnieg i ich szukać z buta i je znalazłem kilometr dalej- po raz kolejny wygrałem z zasraną zimą. Ale ta kur....a chciała mnie dziś wykończyć za wszelką cenę, dlatego gdzieś po drodze postawiła mi nieudaczną kobietę, stojącą w poprzek drogi swym mega wypasionym, na letnich oponach golfem w dieslu. Bez chwili wahania wyprosiłem ją z auta i wymanewrowałem ją pięknie na drogę. Chwila uprzejmości i w drogę....jednak po chwili, gdy już się rozjeżdżaliśmy w swoje strony ona do mnie krzyczy, że plecak w aucie zostawiłem - upsss ale ze mnie gapa. No to wziąłem i w drogę...po 10 sekundach jazdy ręka mi zmarzła. Ja ci patrzę a rękawiczki nie mam! No to wiksa ile sił w nogach, po śniegu, błocie, kałużach za panią kierowczynią w ciemnym golfie. Złapałem ją jakieś 5km dalej na światłach w Jerzykowie...ależ się zdziwiła, że ją dogoniłem i rękawiczkę odzyskałem :-))) No i po raz kolejny dziś skopałem dupę zimie!
Ostry trening jednak był i giry mnie pieką i cały mokry od blabry i potu wróciłem...no i powiem już, że moja cierpliwość się skończyła dla tej pogody zimowej w kurwę jego mać i nie będę przepraszał za przekleństwa, bo najchętniej zajebałbym tej zimie prosto w mordę z kulki śniegu - ciekawe czy by się tak panoszyła wtedy!
U mnie taka akcja że z koszyczkiem śmigałem w słońcu na koszuli z kołnierzykiem , a rano następnego dnia przedzierałem się przez zaspy heuahuehauheu masakra. Dla zwolenników śnieżnego szaleństwa , pogoda ma się utrzymać do końca kwietnia ueahuehauehuahea. Daniele to pół biedy , gorzej to z biednymi ptaszkami co przyleciały i H... zastały :P:P:P
Podoba mi się ilość k... i ch..., które mnożą się we wszystkich blogach na BS''e. Wniosek jest jeden - za rok trzeba kupić biegówki i wspólnie wytyczać trasy.
...no to uważaj... myślałem że tylko u mnie jest tak przejebane z tą zimą,ale widzę kurwa że u Ciebie jeszcze bardziej posrało śniegiem hehe... ...no ale ja taki pojebany nie byłem,aby ładować się w teren!:))
Haha - Grigorowi się cierpliwość do zimy skończyła, koniec świata normalnie :P Przynajmniej roweru dzisiaj nie trzeba było myć ;) Pani z auta musiała być bardzo zjawiskowa że aż tak Ciebie zakręciło ;)
No to widzę, że nie mnie jednemu cierpliwość się skończyła i na każdym kroku rzucam bluzgami w kierunku tej za przeproszeniem białej ku**y. Taki podły nastrój mnie ogarnął. A z tymi wszystkimi optymistami to nawet nie powiem co bym zrobił ;) W każdym razie nie damy się tej nędznej białej kreaturze !
Nareszcie poprawiłeś mi humor :D W chuj z optymizmem i nerwami na wodzy... najlepsze było "yhy zaraz się będzie jarać uwożej tej" :D Ale się ni dajemy - ja dzisiaj zabarwiłam zimie śnieg na żółto a niech ma :D
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017