Coś mnie podkusiło na jazdę rowerem, mimo nie najlepiej zapowiadającej się pogody. No faktem jest, że jak wyjeżdżałem z domu to nawet lekko się Słońce przebłyskiwało i musiałem zdjąć długą bluzę. Jednak po kilku km. niebo spowiły gęste chmury i zaczęło lekko siąpić, dlatego bluza musiała potem z powrotem wrócić na swoje miejsce. Obrałem kierunek na PK Promno, gdyż po drodze umówiony byłem na kawkę z mlekiem u mojej ukochanej :-) a i na lasu odrobinę ochotę miałem. Tak sobie jeździłem, a z nieba coraz większa siąpa leciała...W lesie to jeszcze drzewa chroniły, ale po wyjeździe było mokro na maxa. Zbliżając się do Pobiedzisk skręciłem nad Jezioro Dobre, gdzie odbywają się zawody wędkarskie i byłem świadkiem wyciągania przez wędkarza ok. 12kg. karpia! Pierwszy raz widziałem na oczy takiego wielkiego karpika. A deszcz już rozpadał się na dobre...i tak po wypiciu wspomnianej kawki, musiałem w tej ślumprze wracać do domu. Tak sobie pomyślałem, że lepiej byłoby jechać terenem, bo na asfalcie woda lała mi się z przedniego koła na mordę, a tylnego na dupę :-S i zimno było, więc znalazłem jakąś terenową drogę na zamianę i to był chyba największy błąd dzisiejszego dnia.... Rower tak jak i ja cały w błocie, napęd chrupał niemiłosiernie, ale humor i tak mam wyśmienity :-)))
O proszę - w Twoich rejonach to nawet świniaka na wędkę da się złowić :P Swoją drogą to masz szczęście - jak nie sandacz na talerzu to karp olbrzym do pooglądania
No proszę, panorama Pobiedzisk wyglądem przypomina Segowię pokazywaną w dzisiejszym etapie Vuelty. Brakuje tylko akweduktu, ale za to był deszcz i woda lała się zwykłymi drogami.
Ja kurde jeżdżę samochodem od 3 rano, a gdy już były plany i czas na rower, to deszcz zaczął padać. Cóż, nie pojeździmy chyba sobie za bardzo :D Chyba, że jutro :)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017