Jak to dobrze, że dni są już tak długie :-) Wyjechałem po 17, zrobiłem ponad 7 dyszek i wróciłem gdy jeszcze widnio było. To mi się podoba. Powietrze podczas mojej jazdy było takie rześkie, pachnące wiosną i przyjemne,że aż miło. Dzisiaj zrobiłem sobie rundkę dookoła Jeziora Lednickiego, którego linia brzegowa jest mało wykorzystane przez człowieka, przez co zachowuje swój niepowtarzalny, dziki klimat, szczególnie wieczorem. Przez to, że jechałem wieczorową porą, w powietrzu szczególnie w lasach i blisko jeziora latało tyle robaków, że co chwilkę coś odbijało mi się od głowy, byłem wręcz bombardowany :-) Po drodze spotkałem dwóch rowerzystów, z czego jeden na szosówce miał koszulkę grupy CSC tak jak ja i gorąco się pozdrowiliśmy :-)))
Dziekanowice i wiatraki w Wielkopolskim Muzeum Etnograficznym.
Drewniany kościół w Waliszewie z 1759 roku.
Jezioro Lednickie wieczorową porą.
Zachód Słońca nad Wielkopolską ziemią.
A teraz idę spać, bo jutro czeka wycieczka z Grubym :-))) POZDROWER
Komentarze (11)
Wiesz, z tymi fotkami to trochę pewnie konwencja taka, ale przede wszystkim, nader ponad wszystko, przedkładając wrażenia ponad konwencję tylko, w istocie wobec pozorów wszelakich, masz tu zbiór osobników na ładne obrazki czułych wyjątkowo, czujesz to nie ... szprychowe łazęgi ...
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017