Gdy wyjeżdżaliśmy z domu pogoda zapowiadała się całkiem przyjemna. Świeciło Słońce, wiaterek lekko dmuchał, ciepełko głaskało po plecach i nic nie zdradzało większych zmian. Niestety po ok. 20km. momentalnie pogoda się załamała i na początku zaczął silnie wiać wiatr, potem zrobiły się ciemne chmury i zaczął "pluć" deszcz. A ja deszczu nienawidzę na rowerze, brat zresztą też. Dlatego nasza droga powrotna zmieniła się z wycieczki krajoznawczej w zwykły trening wytrzymałościowy, ponieważ na widok tych chmur robiło nam się niedobrze i naginaliśmy po prostu do domu, aby uniknąć przemarznięcia i przemoknięcia. Ale "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" bo troszkę przycisnęliśmy przez Puszczę Zielonka, co przyczyniło się na pewno do polepszenia kondychy :-) Jakiś 1km. przed domem deszcz złapał nas kompletnie, ale to nic. Najważniejsze, że troszkę ruchu i świeżego powietrza zażyliśmy z bracholem.
Przed Stęszewicami natknęliśmy się na taką oto szeroką drogę z betonowych płyt. Okazuje się, że w czasie II Wojny Światowej służyła jako droga transportowa dla ciężkiego sprzętu, oraz samolotów i stanowi integralną cześć dawnego lotniska wojskowego (dziś sportowego) w Bednarach.
adam88 - SLX jest godna polecenia, ja osobiście nie mam się do czego przyczepić, jest wytrzymała, precyzyjna, łatwo się czyści i wizualnie mi odpowiada. Warto ją mieć, nie pożałujesz na pewno.
Również nienawidzę deszczu, lecz bardziej denerwuje mnie to że chlapie mi z opon niż sam fakt że na mnie pada hehe :) Następny tydzień ma być bardzo cieplutki więc trzeba trochę przeboleć :) To fakt już wszystko zielenieje , nawet ryby się już przebudziły bo w końcu udało mi się dziś złapać lina na działce :] Jak Ci się sprawuje ten SLX z tyłu? Bo myślę o kupnie tej przerzutki.
Rzeczywiście zieleń napawa otymizmem ;-) fajnie tak odpocząć sobie nad jeziorkiem.. Mnie nosi żeby wsiąść na rower, bo póki co mam na to niesprzyjające warunki...ale byle do soboty ;]
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017