Dzisiejszy wiatr wbrew pozorom, nie zniechęcił mnie tylko zachęcił do jazdy, a to dlatego ponieważ przypomniałem sobie pewne miejsce nad Jez.Kowalskim, gdzie podczas silniejszego wiatru widok jest zapierający dech w piersiach. Więc wyruszyłem do wyżej wspomnianego miejsca zahaczając o Puszczę Zielonka, bo w lesie oczywiście mniej wiało.
Potem podjechałem nad Jezioro Stęszewskie, gdzie hulał tak silny wiatr, że na jeziorze się spore fale robiły. Bardzo mnie ten widok wzburzonego jeziora podekscytował. Oto parę szotów znad wody:
Dopiero tutaj uzmysłowiłem sobie jakie fale mogą być na Jeziorze Kowalskim, które oddalone jest od Stęszewskiego o jakieś 7km. i jest porównywalnie tak samo wielkie, ale nie osłonięte tak lasami przez co bardziej wystawione na wiatr! Więc szybko się zebrałem i pomknąłem lasami, a potem na otwartej przestrzeni między polami, gdzie wiatr był masakryczny i na polu hulały tumany piasku, o takie:
No i dotarłem nad Jezioro Kowalskie, gdzie wiatr na skarpie chciał porwać mnie wraz z rowerem gdzieś w niebo, ale z trudem udało się utrzymać i porobić kilka fajnych fotek. Fale były całkiem fajne, a widok ze skarpy przepiękny, mimo iż chmury ciemne dawały ponury krajobraz, ale mnie się to podobało. Oto zdjęcia znad wzburzonego Jeziora Kowalskiego:
Myślę, że nie tylko wycieczka jest udana w piękną i słoneczną pogodę. Gdyby nie wiatr i chmury nie ujrzałbym tak ekscytującego widoku jeziora, który czasem wydawał mi się straszny, niebezpieczny i troszkę mistyczny.
POZDROWER :-)
Komentarze (15)
fale zupełnie prawie jak morskie :P tylko wody morskiej brak :P
Niezły wiaterek , fale faktycznie jak na Zatoce Gdańskiej i jeszcze ta czysta woda , ekstra, i nie wspomnę o urwiskach jak na klifie redłowskim hehehehe Rewelacja :D:D:D:D:D
Normalnie fale jak na morzu :D Jeżeli chodzi o wiatr to ja nie wyrabiam psychicznie jak mocno wieje i nie potrafię się zmotywować żeby wyjść na rower :P Zdjęcie hulającego wiatru na polu robi wrażenie , i ukazuję niezłą siłę tego cholerstwa z którym muszą się zmagać rowerzyści :D Pozdro!
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017