Wymarzona pogoda, sobota, wszyscy zdrowi i wyspani, więc jazda na wycieczkę. Tak się złożyło, że Czarek większość trasy przespał w swoim dyliżansie i obudził się na ostatniej prostej do domu, a rodzice w tym czasie kręcili bez przystanku, dlatego też ominęło nas kilka ładnych miejscówek - jak się zatrzymujemy to mały cwaniaczek od razu się budzi :-))) Ale nie ma tego złego...bo kiedy się obudził, to przejeżdżaliśmy obok pięknej łąki nad strumykiem, gdzie oczywiście zrobiliśmy sobie krótki, wiosenny biwak - ech piękne chwile.
trasa: Pobiedziska - Węglewo - Latalice - Rybitwy - Lednogóra - Imielno - Gołunin - Polska Wieś - Pobiedziska.
hehe... u nas pilnowliśmy aby jazda była w porze drzemki albo nie spał w ogole ;) bo potem wieczorami jest masakra ;) (na szczescie nie było tak źle).
z ddr'kami to jest ten feler, ze brud na nich jest przez cały rok. i nikt nie martwi się zalegającym burdelem, wśród których znajdziemy szkło po piwach etc.
@t-king: otóż to, nie mylisz się, o ile nikt z ważniaków tam nie mieszka, to tak jest...
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017