W sumie nie byłoby nic nadzwyczajnego w tej mojej, dzisiejszej wycieczce rowerowej po wspomnianych w tytule dalszych okolicach, gdyby nie fakt, że w siodełku siedziałem już o 4:40 rano!!! Tak moi drodzy. Doszło do tego, że abym mógł ze spokojem wykręcić sobie jakiś taki w miarę satysfakcjonujący mnie dystans (+40km), muszę zarywać nocki. Winowajcą tego zamieszania jest mój syneczek Czaruś i chwała mu za to :-) Mam to szczęście, że pracuję w tygodniu 5 dni i ani sekundy dłużej i mógłbym sobie w taką sobotę chrapać jak niedźwiedź, ale nie nie....to nie w moim stylu, nie w stylu Grigora. Ja dostosowuję się do sytuacji i kręcę. Cyklozą zarażony jestem tak, że już nigdy z niej nie wyjdę, dlatego dziś zrobiłem taką akcję - to się nazywa ciąg przyczynowo - skutkowy.
trasa:
Jeśli jednak ktoś oprócz wczesnej pory wyjazdu, chciałby doszukiwać się czegoś nadzwyczajnego w mojej wycieczce, to niech obejrzy ździsie: Zdjęcie zrobione ok.godziny 4:50 w Pobiedziskach
Jezioro Lednickie w Lednogórze - tafla jeszcze lekko zamarznięta.
Gdzieś tam w oddali widać stadko saren na polu między Moraczewem, a Węglewem.
Jazda polnymi drogami, to dla mnie ogromna przyjemność - dziś było takich dobre 7km.
Newag E6ACTa - 008 Dragon przejechał przez Pobiedziska.
Na koniec dodam, że wiatr dnia dzisiejszego wiał z zachodu z prędkością ok. 12m/s, a temperatura grzała ok 2-3*C, no i moja trasa prowadziła w 1/3 pod wiatr - nie jeden by wymiękł, ale nie nie GRIGOR!!!
Komentarze (5)
Teraz często po zachodzie słońca warunki robią się znośne (brak opadów)
Ło matko! To jest taka godzina jak 4:50 rano? :) Podziwiam, tym bardziej w tych warunkach, bo łeb urywało przez całą dobę. Na takim polu, jak na zdjęciu, musiałeś cierpieć, ale z uśmiechem na ustach zapewne ;)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017