Kolejny, szary dzień listopada za mną, ale jest jedna, kolorowa i pozytywna myśl - rower dziś zaliczony :-) Do pracy standardowo jechałem 20 km długą prostą z Pobiedzisk pod granicę Poznania drogą DW 194 i potem nazad, tym samym nudnym asfaltem. Jak dobrze, że po ostatnim remoncie tej drogi, jest szerokie pobocze na którym czuję się całkiem bezpiecznie. Bezpiecznie na tyle, że pozwoliłem sobie dziś na włożenie słuchawek do kanałów słuchowych i słuchanie radia przez całą trasę - umiliło mi to wcale niełatwy dojazd do pracy i z powrotem. A tak z innej beczki, to przeczytałem dziś kolejną książkę i się pochwalę poniżej.
ździsie: Remont budynku dworca kolejowego w Kobylnicy (gm.Swarzędz).
A oto przeczytana książka. Całkiem ciekawa lektura.
Komentarze (5)
Czasem bardziej opłaca sie nowe postawic niż remontowac.
Na kolei częściej takie stare wyburzają, niż remontują, przynajmniej w tym wypadku jest odmiennie. Tą samą książkę ostatnio polecał mi znajomy, chyba się skuszę :)
"Kod" daje radę, choć to taki Coelho kryminało-sensacji :)
No widzisz, słuchawki i jechane - da się :) Z radia polecam TOK FM (97,7 FM w Poznaniu) - nie ogłuchniesz, bo ciągle gadają, dość rozsądnie, a co za tym idzie usłyszysz nawet gazeciarza po Twojej lewej w razie ''w" :)
Dan Brown zawsze spoko. Budynki kolejowe z ''tamtych'' czasów są wszędzie takie same. Myślałem że to remont pod Toruniem zaczęli. Jota w jotę nieruchomość.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017