Tytuł niestety nie bije radością, której chciałoby się doświadczać podczas każdej wycieczki rowerowej. Czasami zdarza się po drodze takie "coś", co powoduje smutek. Tym czymś było dziś dla mnie to: ;(((
Zdjąłem jeszcze ciepłego biedaczka z drogi i zaniosłem pod drzewo, ukulałem go w kłębek - niech mu chociaż w kocim raju samochody nie jeżdżą :((((
Trasa wiodła następująco: Wspólnie z Anią zrobiliśmy kółko, zahaczając o Jezioro Lednickie i wsie gminy Pobiedziska. Pogoda zwiastowała deszcz, jednak udało się pokręcić o suchej nitce. Oto zdjęcia z trasy: Szuter z Gołunina do Imielna (gm.Pobiedziska).
Spokój nad Jeziorem Lednickim.
Wiatraki w Moraczewie (gm. Łubowo).
Droga polna z Moraczewa do Węglewa (gm.Pobiedziska).
Serce mi się kraja jak widze stukniętego zwierzaka, a kota tym bardziej, bo sam do niedawna miałem kotkę w domu. Ładne polne fotki, za zajączkiem pościg był ? :)
Aj... szkoda malucha... :/ Pytanie czy to tylko jego dziecięca nieuwaga, czy ludzka brawura... Dobrze, że zrobiłeś mu choć symboliczny koci pogrzeb. Faktycznie smutek :(
Mimo wszystko to i tak lepsze niż doznania mojego dobrego kumpla ze szkoły, który na szczycie Kapelli pod Jelenią Górą bawił się z kotkiem, a gdy wracał tą samą drogą to z tego samego kotka był już tylko placuszek :/
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017