Pobiedziska - Czerniejewo - Gniezno - Pobiedziska i ucieczka przed deszczem
Deszcz!!! Prognozy się nie sprawdziły na mojej trasie i trzykrotnie musiałem pauzować na przystankach i pod mostem, aby nie przemoknąć do suchej nitki, ponieważ jak już lunęło to na maksa! Na szczęście opady były przelotne i udało mi się wrócić do domu suchutkim.
trasa:
Na początku wyjechałem sobie zwyczajnie z domu i ruszyłem do pobliskiego Parku Krajobrazowego Promno i potem przedostałem się do Lasów Czerniejewskich, gdzie już sobie jechałem i jechałem, aż dojechałem z wiatrem w plecy do Czerniejewa.

Jezioro Małe w Pobiedziskach.

Dąbrowa

Jazda duktami w Lasach Czerniejewskich.

żuraw
Dojechałem do Czerniejewa, na liczniku 25km a nogi nawet nierozgrzane. Jadę do Gniezna - a co tam! Jednak okazuje się, że mam pod silny wiatr i do pierwszej stolicy dojeżdżam lekko wkur.... i z gorącymi nogami.
Nawet nie chciało mi się potem zdjęć robić. No ale skoro już tu jestem, to dwa zrobiłem. W Gnieźnie pustki i jakoś tak ponuro, szczególnie że na niebie zaczęły kłębić się czarne chmury, z których spadł pierwszy deszcz. Na szczęście zdążyłem dojechać do wiaty w Skiereszewie.

Goranin (gm.Czerniejewo) - architektura niedostrzegana.

Gniezno - widok na Katedrę z ulicy Bolesława Chrobrego.

Bolesław Chrobry groźnym wzrokiem kontroluje okolicę.

3 maja 2020 w Gnieźnie

Siedząc pod wiatą w Skiereszewie fotografuję zza szyby taki oto bolid.
W kolejnym etapie wycieczki, postanowiłem wracać do domu, ponieważ kompletnie zjebała się pogoda i niebo zrobiło się zupełnie zachmurzone. Najlepsze było to, że wjechałem w jakieś polne drogi i w sumie nie wiedziałem gdzie jestem i dokąd tamtędy dojadę. Temperatura się obniżyła i zaczęło robić mi się chłodno, no i w Baranowie (gm.Łubowo) dopadł mnie drugi deszcz tej wycieczki, ale udało mi się schronić w czas pod kolejną wiatą.

W Baranowie (gm. Łubowo) zrobiło się ciemno, a z nieba lunął deszcz.

Chowam się pod wiatą w Baranowie. Przelotny deszcz pada dobre 20 minut.
Po drugim "wiatowaniu" zakładam kurtkę deszczówkę a chustę buff zdejmuję z szyi i zakładam na głowę, gdyż zrobiło mi się zimno od tego siedzenia. Ruszam w mokrą drogę, ponieważ po deszczu płynęły strugi wody. Jakie to szczęście, że przebiłem wczoraj białego felta sobie myślę - on nie ma błotników.
Daleko nie zajechałem, bo kilka kilometrów i dopadł mnie trzeci deszcz tej wycieczki. Tym razem w Fałkowie (gm.Łubowo), gdzie tym razem schroniłem się przed mokrym pod mostem. Deszcz szybko przeszedł, a ja suchutki pomknąłem ostatnie 20 km asfaltem do domu zadowolony, ale spóźniony. Spóźniony na obiad oczywiście.

Pierzyska - Fałkowo

Schron przeciwdeszczowy w Fałkowie.
Spontany w większości przypadków są spoko, ale zdarzają się też te niefajne. Dziś jako że nie miałem celu i spotkały mnie po drodze te trzy deszczowe postoje, to raczej zapisuję ten wypad jako ten z cyklu "nieudane". Ale żeby nie było tak sceptycznie, to po przyjeździe do domu, Ania przywitała mnie spóźnionym, ale jeszcze ciepłym, przepysznym kurczakiem w porach z ryżem :-)




