Zapowiadało się słonecznie, jednak o 12:00 kiedy wyjeżdżaliśmy z domu, na niebie zaczęły kłębić się deszczowe chmury i dosłownie na samym końcu wycieczki, tuż pod domem deszcz nas dopadł i zmoczył. A tak ładnie się chowaliśmy przed nim, ehhh.
Jako cel wycieczki obraliśmy tereny rodzinne Ani, czyli Iwno w gminie Kostrzyn. Objechaliśmy tamtejszy park i okoliczne stawy. Potem stały punkt zwiedzania Iwna, czyli przepiękny pałac Mielżyńskich z lat 1851-55 oraz stajnie na terenie gospodarstwa. Cieszy fakt, że tamtejsza stajnia jest w rękach prywatnych i można legalnie chodzić po terenie, jednak sam pałac który jest przepiękną wizytówką gminy Kostrzyn, a nawet Wielkopolski, powoli niszczeje - bynajmniej takie odnoszę wrażenie.
Po zwiedzaniu Iwna odbiliśmy na Lasy Czerniejewskie, aby potem zmykać w deszczu, ponieważ dosłownie 2 kilometry od domu złapała nas lekka ulewa. W Iwnie spotkaliśmy wiewiórkę, a w lesie stadko jeleni. Niestety nie miałem dziś szczęścia do zdjęć zwierzaków, ale za to zapraszam do Ani, bo jej się to udało całkiem fajnie. Blog Ani - TUTAJ. Ps. dziś laczka złapała zarówno Ania, jak i ja więc lekko się wkur....:-)
To Ci się wpis udał :D Takie ścieżki rowerowe asfaltowe to ja rozumiem Na tej fotce z traktorem brakuje bolidu z poprzedniego wpisu hahahah No i ta Koniozebra też dobry motyw :P U was bał bym sie po lasach jeździć, nie chciał bym wpaść pod kopyta jelenia lub na odwrót heheheehheehe
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017