Wyszło zupełnie spontanicznie, bo początkowo miałem potowarzyszyć tylko Ani, z którą przejechałem ok. 20km z Pobiedzisk do Łubowa. Tam Ania ze względu na marznące palce odbiła z powrotem, a ja pojechałem sobie dalej już solo i tak mi się fajnie jechało, że gdzieś po drodze pomyślałem: "a może by tak setkę dziś pierdyknąć". Od tego momentu kręciłem do przodu, a temat "100km" przyświecał mi całą drogę. Gdy dobiłem do 50km gdzieś za Mieleszynem jazda stała się cięższa, gdyż musiałem jechać pod wiatr, ale jakoś tak twardo parłem do przodu, ciesząc się zapasem energii w nogach. Dopiero gdzieś ok. 70km zacząłem się męczyć. Krótka przerwa na batona i herbatę z termosu postawiła mnie na nogi i dojeżdżając do Pobiedzisk na liczniku miałem 93km. Pozostało tylko dokręcić te kilka km wokół komina i dosłownie pod domem na liczniku wybiła wyczekana jedynka z dwoma zerami :-))) Dawno już setki na rowerze nie przejechałem i miałem pewne obawy, czy nie rzucam się z motyką na słońce, bo pogoda średnia, wiatr w twarz, ciężki góral itp., ale jak już się jedzie i wjedzie się w ten rowerowy rytm kręcenia korbą, to nie ma się czego obawiać. Dziś mam wielką satysfakcję - cel zaliczony.
a oto ździsie: Para żurawi w Gołuninie (gm.Pobiedziska).
Ciekawa tabliczka na jednym z gospodarstw w Imielnie (gm.Łubowo).
Rozlewisko rzeki Małej Wełny w Żydówku (gm.Łubowo).
Stadko saren w Owieczkach (gm. Łubowo).
Jezioro Dębickie (gm.Kłecko).
Zabudowania byłego PGR w Dębnicy (gm.Kłecko).
Jezioro Działyńskie (gm.Kłecko).
Brama byłego PGR w Działyniu (gm.Kłecko). Napis na bramie to prawdziwy oldschool :-)
Bolid spotkany na pewnej wiosce w gminie Kłecko. Pewnie z 700 koni pod maską ;-)
Uroczy, drewniany kościółek w Sokolnikach (gm.Mieleszyn).
Głaz narzutowy "Tarcza Olbrzyma" w Sokolinikach (gm.Mieleszyn) jest jednym z największych tego typu pomników przyrody nieożywionej w Wielkopolsce. Leży samotnie na polu i był dziś zdecydowanie największą atrakcją wycieczki.
Grigor na Tarczy Olbrzyma.
Tory kolejowe z Gniezna do Janowca Wlkp. Ciekawe czy coś tu jeszcze kursuje?
Pałac w Zdziechowej (gm.Gniezno).
Katedra w Gnieźnie zawsze robi na mnie wrażenie.
Potem zrobiło się już ciemno i zdjęć nie robiłem. Po dojechaniu do domu powiedziałem Ani, że setkę zrobiłem i popukała mnie w czoło :-)
Komentarze (13)
Widzę że nie tylko mnie sie nudzilo w styczniu z takim dystansem brawo
Kubolsky - Rzeczywiście zrobiłem błąd, ale powinno być w Zdziechowie. Potem poprawię. A znać nie dałem, bo to zupełnie spontanicznie wyszło i sam nie wiedziałem, że będę tamtędy śmigał :-) Trollking - Jeśli chcesz się pobawić w fotografa - amatora, to polecam taki kompakt ale tylko canon lub nikon.
Jak zawsze piękne fotografie, a ja nawet wiewiórki w olbrzymim lesie obok domu nie potrafię sfotografować ;) Ale za to dziki to mi po 20 sztuk pod "apartamentowcem" buszują.
Spoko trasa - graty za stówę w styczniu :) Bolid kojarzę - stoi tam od zawsze. Trzeba było dać znać że byliście w PGN - była szansa na spotkanie. P.S. Zdziechowa się nie odmienia ;)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017