Wycieczka z Anią do sąsiedniej gminy Nekla. Nekla to malutkie, siedmiotysięczne miasteczko i jak większość tego typu miasteczek w Wielkopolsce, nie wyróżnia się na tle innych (oprócz tamtejszego kościoła). No ale, że dawno nas tam nie było, to odwiedziliśmy to miejsce tym razem. Może gdyby pogoda była lepsza, to porobiłbym więcej ciekawych zdjęć z samego miasteczka, ale naprawdę dziś, przy tej mżawce i mgle wyszłoby to na niekorzyść dla Nekli, dlatego zaraz po dojechaniu do celu, zrobiliśmy rundkę wokół i wbiliśmy się ponownie do Lasów Czerniejewskich, skąd prowadzi przyjemna, leśna droga, chroniąca nas przed podmuchami zimnego powietrza pod same Pobiedziska.
Jednak nie byłbym sobą, gdybym po drodze czegoś tam nie ustrzelił. Zapraszam zatem do poniższej galerii i życzę przyjemności: Jazda do Wagowa przy S5.
Rynek w Nekli
Kościół św. Andrzeja Apostoła w Nekli. Muszę przyznać, że ten kościół swoją architekturą jednak odróżnia się na tle innych - jest ładny.
Dziś w Nekli wesoła nowina - ksiądz po kasę z buta nagina.
Żuk Sprinter
Lasy Czerniejewskie
Opuszczony kościół w Nekielce.
W Nekielce na przystanku autobusowym można otworzyć taką oto szafę pełną książek i kulturalnie oczekiwać na autobus. Podoba mi się taka inicjatywa.
Czapla siwa uchwycona w Borówku (gmina Pobiedziska).
Komentarze (5)
Montana mój kolega był ministrantem (teraz ma level up i księży) i opowiadał że kasę z kolęd brał ksiądz, za co na koniec wizyt dajkasępasterskich zabierał ich na modły na weekend w góry xD
Pogoda całkowicie inna niż u mnie dzisiaj. A co do wesołej nowiny to słyszałem, że podobno gdzieniegdzie ministranci od tego co uzbierają muszą zapłacić podatek dla księdza ... . Nie wiem ile w tym prawdy ale nie zdziwiłbym się jeżeli tak jest w rzeczywistości. Polska Gola.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017