Wypad obiadowy - taki właśnie był :-) Można powiedzieć, że dzisiejszy rower wcale nie doszedłby do skutku, gdyby nie propozycja Ani brata, który zaprosił nas do siebie, na smaczne co nieco. Kuba zdolności kulinarne ma niemałe, a nawet nieskromnie powiem że wielkie, gdyż posiada dyplom zawodowego kucharza i sporządził danie, które od dziś będę wielbił - placek po węgiersku!!!!!!! Kur....cze mać! Jakie to było doooooobreeeeee!!!! Nie będę tu też opisywał doznań mego podniebienia po skosztowaniu tegoż dania, bo to blog rowerowy przecie, ale powiem że po takim obiadku czułem się niemal tak dobrze, jak po przejechaniu 300 kilometrów na rowerze - SERIO!
Kila ździsiów z dzisiejszej trasy, która prowadziła z Pobiedzisk do miejscowości Pławce w gminie Środa Wlkp. Trasa w większości asfaltowa, wśród pól. Ogólnie można by powiedzieć, że nic ciekawego, ale jak i tak zawsze coś tam po drodze znajdę, choćby konia na polu:
placek po węgierski a'la Kuba
Wiooooo!
A2
Ania tam na dole robi zdjęcie śmigłom.
Robi zdjęcie pod wiatrakiem.
Iwno z oddali - Ania stamtąd pochodzi.
Ps. kolejna książka przeczytana w sierpniu. Oglądałem serial, który był bardzo dobry, jednak co książka, to książka.
Ps.2. placki po węgiersku będę wielbił od dziś, gdyż jeszcze nigdy w takiej wersji placków ziemniaczanych nie jadłem. Placki jadem tylko na słodko, z cukrem i bardzo mi smakowały. Jednak te z sosem węgierskim i śmietaną, to echhhh.... głodny się zrobiłem :-)
Komentarze (5)
Kulinarny wypad rowerem - świetny pomysł. Smacznie, a kalorie same się spalą po drodze!
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017