Drugiego dnia pojechaliśmy nieco wyżej. Głównymi przystankami po drodze były Kowary i Karpacz. Jak zwykle dużo podjazdów, ale i zjazdów. Wiele pięknych widoków, górskich dróg rowerowych i przełęczy. Każdy kto był w Karpaczu, powie że to pięknie usytuowana miejscowość. Zwiedziłem Karpacz na rowerze i z tej perspektywy podobało mi się bardziej, choć lekko nie było.
Trasa wycieczki:
W drodze do Kowar i Karpacza, kierowaliśmy się szlakami rowerowymi i po drodze cieszyliśmy oczy takimi widokami: sudecka architektura
mors - Pewnie gdzieś się minęliśmy, jednak w natłoku turystów, straganów i innych przeszkadzaczy trudno byłoby się dostrzec nawzajem - chyba, że na monocyklu śmigałeś. :-)
Trollking - Masz rację z tym Karpaczem - ja bym porównał Karpacz do nadmorskiego Mielna latem. Z tą różnicą, że w Mielnie raczej ciupagi nie kupisz, a w Karpaczu bursztyn już tak.
A za polecenie książki dziękuję - zapisuję sobie w "do przeczytania".
Karpacz latem raczej omijam, bo to nie na moje nerwy, Szklarska jest ciut spokojniejsza, choć też bez szaleństw :) Dobrze, że jest Śnieżka i nie trzeba patrzyć na ludzi :)
Skoro już byłeś w Kowarach, to polecam Ci książkę Wojciecha Chmielarza "Farma lalek" - znakomity kryminał, który dzieje się właśnie tam, tyle że nazwa nie jest podana wprost. Odnajdziesz tam kilka miejsc, na które zerkałeś :)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017