Czas płynie szybko. Już mamy koniec stycznia, a przecież "przed chwilą" świętowaliśmy Nowy Rok. Nie mam na ten rok specjalnego parcia na jakieś tam wyniki czy statystyki. Chcę po prostu jeździć wtedy, kiedy mam na to ochotę. A że ochotę mam często to coś tam się kręci. Oprócz tego, mam jedno postanowienie na 2019 r. - przeczytanie jednej książki w miesiącu, co mi się udało zwieńczyć wczoraj takim tytułem - polecam. Tymczasem luty za pasem, więc jazda na rower i do kolejnej książki.
Jeśli chodzi o dzisiejszy dojazd do pracy, to było niebezpiecznie, bo pobocze starej krajówki "5" na odcinku Pobiedziska - Bogucin usłane było niemal w całości zamarzniętymi kałużami i lodowymi odłamkami, po których koło się czasem ślizgało, grożąc upadkiem pod koła jakiegoś TIR-a. Ale przeżyłem.
Aż zachciało mi się pojechać rowerem na Syberię :-)
Komentarze (7)
Aaa, to sorry, nie wiedziałem. W takim przypadku chyba jedynym wyjściem są audiobooki na mp3. Z moich doświadczeń wynika, że takie zgrane na telefon, jeśli nie ma zewnętrznych zakłóceń po drodze, da się odsłuchać na słuchawkach bluetooth niemal bez przerwy.
Bobiko - nie ma to jak zwykłe, klasyczne, okablowane słuchawki :) Póki się nie zerwą, są niezawodne, nie to co bluetooth. Ja wożę przy sobie i takie, i takie.
Wiesz co ja też nie mam "parcia"... ale ostatnio zawsze coś przeszkadza w jeździe na rowerze....trochę mobilizacji muszę wprowadzić do mojego grafiku:))))
Ja np. mam parcie żeby cokolwiek jeździć, bo w zeszłym roku dałem kompletnie d**y pod tym względem. Jednak BS trochę motywuje do jazdy. A co do książek to bardzo słuszne podejście, no i Syberia bardzo spoko.
Jak już zaplanujesz tę wyprawę, chętnie się podepnę. Ale nie szosą :)
Bardzo dobre założenie z tymi książkami, mam takie samo. To motywuje. Aha, no i polecam przekonać się do audiobooków (idealnie Ci się sprawdzą na trasie dom - praca i praca - dom). Co najmniej jedna pozycja miesięcznie wpadnie przy okazji :)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017