Stan zdrowia się stabilizuje zarówno u mnie jak i u Ani, więc dziś nie było mowy o kolejnym weekendzie bez roweru. Tym sposobem zgadaliśmy się na terenową wyrypę w towarzystwie mojego taty, który do nas dojechał. Na początek z Pobiedzisk udaliśmy się do Parku Krajobrazowego Zielonka, gdzie we trójkę cieszyliśmy się pięknem złotej jesieni. Trakt Bednarski w kolorach jesieni.
Trakt Bednarski z Bednar do Zielonki.
Po przemierzeniu kilkudziesięciu kilometrów, w przepięknych okolicznościach przyrody PK Zielonka, pożegnaliśmy tatę i już we dwójkę obraliśmy kurs zielonym szlakiem, prowadzącym wzdłuż linii brzegowej Jeziora Kołatkowsko - Stęszewskiego. Prowadzi tamtędy ciekawy singiel, który daje kilka kilometrów frajdy tuż przy wodzie. tak mniej - więcej ten singiel wygląda
Jezioro Kołatkowsko - Stęszewskie
Po wyjeździe z lasu, niebo zaczęło się rozpogadzać, a ciepłe promienie zaczęły grzać nas w plecy. Z Wronczyna do Złotniczek przedostajemy się znaną i lubiana drogą polną, gdzie musieliśmy zdjąć z siebie kilka ubrań, gdyż zrobiło się za ciepło. zielsko w burakach cukrowych
droga z Wronczyna do Złotniczek
Odbiliśmy w Złotniczkach w pewną drogę polną, która skończyła nam się po kilometrze. Szkoda było się cofać, więc pojechaliśmy po śladach traktora kolejny kilometr na szagę i wyjechaliśmy w Pomarzanowicach na terenie byłego PGRu. Jazda po miękkim polu do łatwych nie należy, ale to ma swój urok :-) W Pomarzanowicach szybka ewakuacja z zahaczeniem o piękny pałac, stojący w parku. Pałac choć w dobrym stanie, wygląda na opuszczony niestety. kwintesencja drogi polnej
Ania mogła przetestować swoje Kendy w nowym rowerze :-)
Pałac w Pomarzanowicach
Na koniec, kiedy podjechaliśmy do domu, Ania miała dość, a ja zrobiłem jeszcze rundkę po Pobiedziskach, w celu dokręcenia do 5 dych. Z ciekawostek, jakie widziałem w naszym miasteczku, mogę podać taki oto skład, stojący na peronie. Pytanie do znawców kolei, co to za pociąg? Taki ładny pociąg na stacji w Pobiedziskach.
Super się dziś jeździło. Zapraszam także na bloga do Ani.
Trollking - Dzięki za rozwianie kolejowej zagadki. Jelon - Niby tak niedaleko mamy od siebie, ale jednak klimat potrafi być inny. montana21 - Fajne masz skojarzenie. Puzzle? Dlaczego nie? ;-) Marek - Pałac w Pomarzanowicach jest w całkiem dobrym stanie, jednak gdy będzie stał nieużywany, spotka go los marny. strus - Ze spokojem. Słońca jeszcze nie zabraknie tej jesieni. Jarek - Oj tam :-) Kolory jesieni i dobra perspektywa tylko. Mr Jerry - Dziękujemy i już myślami jesteśmy w 2019 na wspólnych przejażdżkach. Również pozdrowienia dla Pana. Panie Marku - Głowa do góry :-) Jesienią i zima też można pojeździć i to w Słońcu. Tylko zdrowie i ubiór polarny przyodziać. Mateusz - Nie spodziewałem się, że komuś to zdjęcie wpadnie w oko - a tu proszę! Masz za to wyrazy szacunku ode mnie menie! :-) Tony - Polecam jazdę jesienno - zimową, bo to ma też swój niepowtarzalny urok.
Fajnie Was znowu widzieć na rowerach! Nawet słońce wyszło się z Wami przywitać - w mojej okolicy cały dzień mglisty i pochmurny. Nasza jesień na prawdę jest piękna!
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017