Jechałem sobie piątkowym popołudniem, a w zasadzie już wieczorem, gdyż Słońce chyliło się ku zachodowi. Miałem iście sielankowe widoki. Ciepłe barwy nieba przeplatały granatowe pasy chmur, kiedy to patrzę, a......
Zauważyłem coś dziwnego przy drodze Janikowo - Kicin. Ciemne tułowia poruszały się przy rowie. Podjechałem bliżej, patrzę a to nic innego jak najprawdziwsze, kosmate, zgłodniałe stado dzików :-) Mógłbym powiedzieć, iż te zwierzęta to postrach polskich lasów i krążą wokół nich najgroźniejsze legendy, jednak dla każdego kto ma choć odrobinę pojęcia o zachowaniu tych zwierzów nie stanowi to żadnego, wiarygodnego źródła. Stanąłem sobie spokojnie i nie zwracając na siebie większej uwagi, przyglądałem się krótka chwilę tym kukurydzianym rozbójnikom :-)
:-)))
Komentarze (7)
Dzięki za miłe słowa. Ale ja po prostu wolę zwierzęta (jako ogół) niż ludzi (jako ogół, z wyłączeniem sporej ilości jednostek) :)
Maniek - Niestety grubo się mylisz i poczuwam się w tej sytuacji do wyjaśnienia Ci kilku kwestii. Po pierwsze, to nie dziki wybiegły Ci na drogę, tylko Ty wyjechałeś im na ich drogę, a po drugie nie mów "cholerne", bo tak jak Trollking pisze, to są tereny zwierząt, które żyły tu od dawna. Trollking - Szanujesz widzę zwierzęta - to cecha ludzi szlachetnych. Sebek - Sam się dziwię, gdzie tam w Kicinie można ryby spotkać w ogóle. A dziki sobie żerowały spokojnie na poboczu, nawet kiedy przejeżdżałem obok. Nie wyczuły zagrożenia z mojej strony więc nie musiały uciekać. Ania - Żarły jak ja kotlety u Ciebie :-) JP - ....bo do zwierząt trzeba mieć podejście :-)
Maniek - te "cholerne zwierzaki" istniały tu przed nami, a już na pewno przed naszymi rowerami. Jesteśmy gośćmi na ziemi, a nie jej panami. Maja prawo tu być tak samo, a może nawet bardziej, niż my. To tak przy okazji :)
Jak sobie przypomnę, że na początku roku mogłem zakończyć swoją rowerową pasję przez te cholerne zwierzaki, to mnie skręca. Na centymetry je ominąłem, jak wybiegły mi wieczorem na drogę podczas powrotu z pracy.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017