Początek kolejnego tygodnia dojazdów do pracy. Fajnie, że długie dni trwają nadal i można po pracy pojeździć nieco dłużej. Dziś właśnie po pracy odwiedziłem Pobiedziska, zahaczając o polne drogi w okolicy. Spokojne kręcenie i łyk świeżego powietrza przed snem. Rower jest najlepszy!
ździsie: okolice Pobiedzisk
Rynek w Pobiedziskach
Przykry widok :-( Wiewiórka niestety nie zdążyła uciec przed autem i skończyła marnie. Zawsze mnie kurwica bierze widząc takie przypadki na drodze, a widzę tego mnóstwo niestety i to gatunków wszelkiej maści np. zaskrońce, padalce, żaby, wiewiórki, koty, psy, borsuki, kuny, łasice, ptaki, szczury, sarny, daniele, dziki itd. Jedyne co mogę zrobić, to zawsze zdejmuję biedne zwierzaki z drogi, aby ich do końca auta nie zmasakrowały - może jakieś kruki będą miały z truchła pożytek kurwa mać :-((((
Jazda pośród kukurydzianych pól z Wronczyna do Złotniczek.
Komentarze (4)
To nie ja ją ukatrupiłam! Ona już tam leżała . ;) Miło było spotkać :)
Już myślałem, że to ta sama wiewiórka, którą mijałem kilkanaście dni temu. Identycznie leżała taka na mojej drodze. Tyle, że było to na Kaszubach, więc nie mogła być to ta sama sztuka.
Biedna wiewióreczka :( Niestety, nic na to nie poradzimy, a jedynie sami musimy być ostrożni. Podczas mojego powrotu z pracy w Kostrzynie pies wystraszył kota, a ten znalazłby się pod moimi kołami. W ostatniej chwili wyhamowałam, ale było blisko od tragedii (swoją drogą zastanawiam się kto by ucierpiał na tym bardziej).
No niestety... Ja już chyba przyzwyczaiłem się do tych przykrych widoków... :/
Wiadomo, że nie da się uniknąć części wypadków, bo zwierzęta zazwyczaj jak odważą się pojawić na drogach to pędzą na ślepo, ale czasem wystarczyłoby zdjąć nogę z gazu, szczególnie gdy oznakowanie informuje o istniejącym ryzyku.
W tym kraju... marzenie ściętej głowy. W tym przypadku niemal dosłownie.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017