Jak wiadomo rano do pracy dojechać trzeba, więc o poranku 7 km z hakiem wjechało. Po pracy strzałka do domu i opitolenie czegoś na ciepło. Potem mając już na liczniku 16 km dobiłem do 50 km jeżdżąc z Wierzonki do Wierzenicy i do Wierzonki, potem do Wierzenicy i z powrotem do Wierzonki, aby potem zawrócić do Wierzenicy, z której odbiłem na Wierzonkę i tak w kółko, a raczej w dziesięć kółek - tyle chyba nawrotek zrobiłem, aby dobić do upragnionego celu, czyli 50km w niezłym tempie na mojej zimówce z grubymi oponami i napędem za 5 dych :-) Power w girach jest i radość z wykonanego celu.
Nie obyło się bez kilku przystanków na siku, podczas których ustrzeliłem takie oto widoczki: przeszkoda na trasie w postaci myjącego się kocura :-)
Grigor buszujący w zbożu
klimat sierpniowego wieczoru
taki Księżyc zawitał pod koniec treningu na niebie
Dobranoc
Komentarze (7)
Lepiej takie kółka niż jak byś miał walić wokół komina albo bloku uehauheuhhahehua
Aniu - No właśnie, też coś mi się ten cień w dole globu wydał podejrzany, a tu proszę - zaćmienie nie tylko Księżyc wtedy miał :-) Trollking - Natura już zadbała o to, żeby za dobrze nam nie było :-) Maniek - 12*C!? Toż to na długo trzeba sie już odziewać - jak jesienią....ten nasz polski klimat mnie rozbraja. Marek - A w nocy jaki jest klimat :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017