Dziś wydarzyła się tragedia podczas wyjazdu. Tragedia i katastrofa w jednym. Nie będę przetrzymywał w niepewności, otóż podczas jazdy przez przepiękną, ośnieżoną Puszczę Zielonkę, kiedy moje oczy bombardowane były światłem iskrzącego się puchu, a nos niczym końskie nozdrza pochłaniał woń świeżego igliwia, postanowiłem zatrzymać tę piękną chwilę w klatce czasu. Pragnienie się we mnie obudziło. Uwiecznienie blasku zimowej puszczy było w tej chwili najważniejszą rzeczą o jakiej mogłem marzyć. Kiedy sięgnąłem zatem do kieszeni mej zimowej kurtałki, kiedy wcisnąłem przycisk "ON" w moim profesjonalnym kompakcie i kiedyż to w końcu spojrzałem w lśniący wyświetlacz ów zatrzymywacza czasu, na jego licu, w górnej części ekranu bił do mnie najpierw niepokojący, potem straszny, a na końcu kiedy otrzeźwiałem od spadającego śniegu prosto na twarz katastrofalny komunikat: "BRAK KARTY PAMIĘCI"!!!
Myślałem, że mnie h.....j jasny trafi, że wszystko stracone :-(((( Wpadłem w panikę, zacząłem wierzgać nogami, prawie ramę w rowerze złamałem, w akcie agresji strząsnąłem śnieg z kilku 40 metrowych sosen. Ale nie poddałem się. Kierowany instynktem wygrzebałem paznokciami jamę w leśnej grudzie, ryłem tak głęboko, że stojące w pobliżu dziki ze wstydu pochowały swe szczeciniaste ryje w dziupli spróchniałego dębu. W jamie znalazłem tylko twardy kamień. Po chwili zapoznałem się z jego instrukcją i na jednym z jego boków, małymi literkami napisane było: "Rzut w danym kierunku spowoduje zrobienie zdjęcia"?!
Rzuciłem tym kamlotem jak daleko się dało i w tym momencie na niebie, trzykrotnie strzelił piorun - udało się! Flesz zadziałał! Jakiż byłem szczęśliwy, kiedy wróciłem do domu, a na moim bikelogu zdjęcia zrobione kamlotem automatycznie wczytały się przy edycji tego wpisu :-))))
oto one:
Kartę pamięci już do aparatu włożyłem i przy następnej wycieczce zdjęcia będą już lepszej jakości. Pozdrower. :-)
Komentarze (10)
Hihi, czytam, czytam z nutą niecierpliwością co będzie dalej.... a Ty kurde jesteś lepszy od Lema:))))))))
Hehe, jak będę kiedyś chciał oddać ramę rowerową, żeby wyłudzić odszkodowanie za dożywotnią gwarancję to zaproszę do mnie i wyjmę kartę pamięci z aparatu :)
Jelon - Bez przesady, takie proste historyjki można wymyślić po 2-óch głębszych ;-) Asia - To nie jest takie łatwe - to wszystko dzieję się w mojej głowie, a stamtąd za wiele wygrzebać się nie da ;-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017