Dzisiejszy wyjazd był raczej treningiem i doskonaleniem techniki jazdy po oblodzonej drodze. Nie wyłożyłem się, ale trochę zmokłem (muszę pomyśleć o błotnikach do zimówki). Trasa wiodła do samych Pobiedzisk, potem nawrót tą samą drogą. Nic specjalnego po drodze się nie działo, wszędzie tylko szarość, wilgoć, błoto i syf - gdyby nie fakt, że spędzałem czas na rowerze, który kocham, to pewnie w innym przypadku szukałbym suchej gałęzi, aby więcej nie oglądać tego brudnego świata.... :-) Następnym razem pojadę do lasu po prostu. A tak to wyszła asfaltowa chlapa i tyle.
Jedno mnie dziś natomiast zdziwiło, mianowicie ilość mijanych po drodze rowerzystów. Naliczyłem ich 10, z czego jeden na kolarzówce! Minąłem także dwoje biegaczy. Ludzie jednak nie mają w pompie aktywności fizycznej w takich warunkach
ździsie:
Jezioro Kołatkowskie
kukające daniele
Jezioro Biezdruchowskie w Pobiedziskach
Jak ten łańcuch to wytrzymuje!?
Tuczno - Karłowice
Przedwieczorne niebo w Wierzonce
Powiem szczerze bez ściemy - zdygany jestem po tym dzisiejszym kręceniu jak koń po westernie.....ale zadowolony :-)
Komentarze (5)
Jak będziesz kupował błotniki to tylko pełne, innych nie ma sensu! :)
Cóż, nie da się widokowo porównać lasu z jazdą po szosie, szczególnie w przypadku takiego kontrastu jak Twoja puszcza vs nudna droga do Pobiedzisk. Ale jak widać zawsze coś wyhaczysz :)
Następnym razem jeszcze można popracować nad średnią :)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017