Rano jazda do pracy szybkim, asfaltowym wariantem - bez przygód. Po pracy mimo nieciekawych chmur nad głową, postanowiłem pojechać nad Jezioro Swarzędzkie. Na szczęście deszcz nie zaczął padać, więc Jezioro Swarzędzkie objechałem sobie dookoła. Szaro - bura aura po południu nie pozwalała na robienie ładnych zdjęć. Następnie podczas powrotu, będąc kilka kilometrów od domu, przypomniało mi się iż nic dziś do jedzenia sobie nie przygotowałem i nagle, na sama myśl o braku jedzenia, ogarnął mnie taki głód, że musiałem tym rowerem pojechać do oddalonego o kilkanaście kilometrów Czerwonaka, gdzie znajduje się pewna pizzeria. W Czerwonaku na jednym ze zjazdów rozpędziłem się do 52km/h i to bez pedałowania - taki byłem głodny :-) Po posiłku wracałem przy światłach lampki, z pełnym żołądkiem i satysfakcją zrobienia dziś 5 dyszek na mojej sztywnej zimówce.
ździsie: Jezioro Swarzędzkie - widok od strony Zielińca.
Jezioro Swarzędzkie
Jezioro Swarzędzkie - widok od strony Gruszczyna.
Kaczka krzyżówka
orzech
Taki dziś spontaniczny, rowerowy dzień miałem. Do następnego hej.
Komentarze (10)
Sebek - chętnie skorzystam! :) dzięki wielkie z góry! Moja ostatnia wizyta w Gnieźnie była dość dawno, ale czas nadrobić, choć pewnie dopiero w następnym roku, bo czasu mało zostało. A i pchanie się przez cały Poznań z południa na północ do przyjemności nie należy :) zostaw proszę kilka egzemplarzy dla mnie!
Trollking - gdzieś mi się jeszcze walają w szufladzie te naklejki, więc jak zrobisz kiedyś wycieczkę na Gniezno to mogę Ciebie nimi obdarować... po to je dostałem, ale nie pamiętam już od kogo (chyba gdzieś na jakimś zlocie)
Trollking - Ja kilka lat temu otrzymałem garść takich naklejek podczas spotkania z bikestats''owiczem z Wrześni - Bobiko. Ale skąd on je miał to nie mam pojęcia. Ps. Po dwóch dniach bez jedzenia, rozpędziłbym się do 120km/h - ale na pace karetki pogotowia :-)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017