Poranne słonko zachęciło mnie do przejażdżki. Wsiadłem więc na rower i pomknąłem przed siebie i jak to ostatnio bywa - bez planu. Trasę kreśliłem na bieżąco, ale wiedziałem że muszę omijać drogi leśne i polne, gdzie jazda ze względu na oblodzenie stała się niezwykle niebezpieczna, o czym też przekonałem się podczas powrotu, zaliczając dwie solidne gleby na ów lodzie. Za pierwszym razem ucierpiały moje kolana i uchwyt lampki, za drugim tylko, albo aż łokieć, który sobie stłukłem uderzając w twardy lód. Potem pogoda się zmieniła i zaczął mocno prószyć śnieg, który przykrył lodowe drogi i jazda stała się ślizgiem figurowym na oponach, których bieżnik wykazywał sprawność na poziomie 0%, a czasem to nawet prowadzić roweru nie mogłem, zjeżdżając wraz z nim z lekkiego podjazdu - była zabawa.
Na początek dojechałem Rynek w Swarzędzu Ratusz w Swarzędzu
Potem jakimiś nieznanymi, lodowymi drogami krążyłem w Zielińcu lód na drodze
Wyjechałem gdzieś na tyłach fabryki najbardziej ekologicznych aut świata w Poznaniu - Antoninku Fabryka
Jadąc dalej natrafiam na stary przedwojenny cmentarz, gdzieś w lesie między Antoninkiem i Bogucinem. Cmentarz taki jakby opuszczony, zapomniany, ale było widać że ktoś o to dba. Cmentarz
Następnie robię zdjęcie EC Poznań - Karolin i udaję się w stronę Dziewiczej Góry, gdzie już umówiony byłem na gorącą herbatę. W międzyczasie zaczął ostro prószyć śnieg. Elektrociepłownia Poznań - Karolin
W drodze do Dziewiczej Góry pogoda zmieniła się i zrobiło się bardzo biało.
Popijając herbatę zerkam za okno na wieżę widokową na Dziewiczej Górze. Dziś była otwarta.
Po rozgrzaniu się w ciepłej izbie, wsiadłem z powrotem na rower i pojechałem do domu przez las. Właśnie wtedy zaliczyłem te dwie gleby na pokrytej lodem drodze. Jechać praktycznie się nie dało. Trochę mnie to zdenerwowało, bo przyjemność z jazdy jest w takich momentach znikoma, jednak okoliczności przyrody i piękny zachód Słońca zrekompensowały obite kolana i łokieć. Wierzonka - zachód Słońca. W tle komin EC Poznań - Karolin
No mój drogo Kolego, na lodzie to ty uważaj, ja do dzisiaj odczuwam stłuczenie.... Poza tym bardzo fajna zimowa traska.... no i to foto z padającym śniegiem...
rmk - Oj gdybym miał pod ręką jakąś lustrzankę z potężnym zoomem....ale do plecaka by mi to nie weszło :-) A jeśli chodzi o jazdę po lodzie, to owszem "da się" ale ja nie umiem :-) Trollking - W sumie dzień jest na tyle krótki, że jazda 5h to cały dzień :-) Jeśli chodzi o paradoks to ja bym tego tak nie nazwał - po prostu zimą jeździ mi się o niebo lepiej niż latem, pominąwszy kryzys jaki miałem w zeszłym roku :-) Jacek - Mój serdeczny przyjaciel ma taki widoczek z okna swojej hacjendy - pozazdrościć. Jelon - Mam tylko sińce na kolanach i lekko boli mnie łokieć...ale jak mówisz szczęście, że jestem cały - ale Jelon fun miałem niezły :-) Mateusz - O dziwo tamtych terenów prawie w ogóle nie znam, a ten cmentarz odkryłem zupełnie przypadkowo - takie miejsca są dla mnie sporym zaskoczeniem i z chęcią poczytam u Ciebie o tym. Dzięki. Monica - Uwielbiam zimę. Wystarczy się tylko dobrze ubrać i jazda. Latem szczególnie tym parnym umieram w litrach swego potu i bąblów od gzów - nienawidzę skurwysynów!!!!!!!!
Ostatnie dwa kadry mają potencjał ;) Ja jeździłem dzisiaj po lesie na oponach praktycznie bez bieżnika, lód był pod śniegiem i jechało się super. Da się :)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017