W takim mrozie to jeszcze nie jeździłem.

Gdy wsiadałem na rower temperatura wzrosła do ok.-10*C i domniemam, że taka właśnie aura utrzymywała się przez cały przebieg mojego dzisiejszego wypadu.
Ubrałem się dziś już maksymalnie, ekstremalnie, od czubka głowy po pięty...mimo to na zamarzające palce stóp rady nie ma. Po około 25km. jazdy jakieś małe imadełko zaczęło z coraz to większym zaparciem ściskać moje końcówki palców stóp. Nie było innej rady jak zsiąść z roweru i troszkę poskakać w miejscu.
Pomogło, bo po doprowadzeniu ciepłej krwi do stóp, już taki kryzys cieplny nie pojawił się do samego domu.
Oto trasa:
..........
Ale teraz po kolei. Trasę wymyśliłem sobie spontanicznie, ale w zamyśle chciałem pokręcić po asfalcie.
Już wyjeżdżając spod bloku, dało się odczuć tę niską temperaturę, dobrze że miałem kominiarkę, bo to uczucie szczypania na twarzy po wyjściu z ciepłego domu, mogłoby zgasić mój zapał, a tak z uśmiechem na twarzy pojechałem do...

Dwór we Wronczynie z XVIII w.

Nieczynna gorzelnia we Wronczynie.

Wronczyn - Krześlice. Jakaż piękna polna droga.
Po około 15km. jazdy w tym mrozie, na kominiarce zaczyna zamarzać para, jednak z resztą członków ciała wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dojeżdżam do Krześlic, skąd robię mały skrót polną drogą do Łagiewnik. Drogi polne są tak twarde, że upadek byłby bardzo bolesny, więc zachowuję dużą ostrożność.

Para wydobywająca się z buzi zamarza na kominiarce po krótkiej chwili.

Droga polna z Krześlic do Łagiewnik.
Następnie jadę długi odcinek asfaltami, wprost pod wiejący wiatr. Zazwyczaj wieje z zachodu, jednak dziś było odwrotnie i dojazd do kresu - celu wycieczki, czyli wsi Sławna przebiegał wręcz katorżniczym wysiłkiem. Wtedy to właśnie po raz pierwszy zacząłem odczuwać małe imadełko na palcach stóp.

Kaplica św. Rozalii w Sławnie z 1785 roku.
W Sławnie poszukałem miejsca na odpoczynek, gryz batona i łyk gorącej kawy. Znalazłem. Rozgościłem się w lasku nieopodal wsi, zakryty drzewami, mogłem oddać się delektowaniu gorącym napojem. Baton był tak twardy, że mógłby służyć jako młotek, więc namaczałem go w kawie i wtedy był jadalny :-)
Po chwili zapomnienia sprzątam po sobie i podnoszę rower....Patrzę na tylne koło i mówię: "podpompuję troszkę oponę - będzie lepiej szedł na asfalcie" Wkładam pompkę gdzie trzeba, a tu pssssssssss! Powietrze zamiast wlatywać w wentyl, to wylatuje! What the f.....!? Okazało się, że pompka (nieźle już wyeksploatowana) odmówiła posłuszeństwa w tym mrozie. Dopiero pół godzinne dyganie, sprawiło, że tłok się rozgrzał i zaczął wytwarzać ciśnienie, ale nieźle mnie to wystraszyło. Perspektywa 30km. do domu i flaka w oponie w takim mrozisku nastręczała mnie o konwulsje, więc kiedy tylko poczułem delikatne drgnięcie obwodu opony, nie przestawałem dygać, aż mi prawie ramię odpadło ze zmęczenia, a dłonie z zimna, bo robiłem to bez rękawiczek naturalnie :-)))
Koniec końców napompowałem ile trzeba i od razu wsiadłem na rower w drogę powrotną. Największą radością okazał się być właśnie powrót, bo z wiatrem w plecy, całe 30 kilometrów z nadyganą oponą :-)

baton w kawie :-)

W gminie Kiszkowo śniegu brak.

Wieża kościoła w Kiszkowie, a w oddali lasy Puszczy Zielonki, w które za chwilę się zagłębię.

Rzeka Mała Wełna zamarzła całkowicie.
Za Kiszkowem wjechałem w lasy Puszczy Zielonki, potem jazda w poprzecinanych przez drzewa promieniach zachodzącego Słońca. Widoki przyjemne, ale gdyby nie wspomniany ekstremalny ubiór, wycieczka dzisiejsza mogła by nie być taka udana. A tak była i to bardzo, mimo kilku kryzysów cieplnych w palcach stóp, nie było najgorzej bo dało się to "rozchodzić"

Puszcza Zielonka. droga Zielonka - Tuczno.

Przeżyłem...rower też :-)
Chyba nie jeździłem rowerem do tej pory w tak niskiej temperaturze. Zdarzało się w -9*C, ale w ponad -10*C to chyba nie. Wykorzystałem tą sprzyjającą pogodę i nabrałem kolejnego doświadczenia w ekstremalnej jeździe rowerem :-) Tyle na dziś hej :-)




