Tak mi się "spodobał" wiatr wiejący z ogromną siłą z zachodu, że tak jak wczoraj w nocy postanowiłem stawić mu czoła jadąc do Poznania, aby z powrotem mieć lekko z wiatrem w plecy. Słowo lekko pogrubiłem celowo, ale to później. No właśnie - do Poznania, którego gdybym tylko posiadał jakieś nadprzyrodzone siły, przesunąłbym w pizdu gdzieś indziej...bo miasto choć nie duże (w skali europejskiej) rozlewa się na sporym obszarze i skutecznie "zasłania" mi jazdę na zachód hałasem, torami, drogami, samochodami, sygnalizacjami i innymi miejskimi "wkurzaczami". Mało jeżdżę rowerem w tamte rewiry, bo przedostanie się przez miasto nie jest wygodne i bezpieczne, a ciekawią mnie bardzo wioski i wioseczki po zachodniej stronie....
Wracając do pogrubionego słowa powyżej, to sprawa ma się tak - w planowaniu trasy powrotu z wiatrem, trzeba się kierować analogią, że "na zakupy nigdy nie jeździ się głodnym" bo rzecz jasna więcej się wtedy kupi :-) Ileż człowiek ma siły i pomysłów wyjeżdżając z domu z pełnym zbiornikiem energii - mógłbym zajechać nawet do Kanady. Mój zbiornik opróżnił się niestety w Poznaniu i podczas powrotu nawet wiatr w plecy nie pomagał, bo opadłem kompletnie z sił (energia zużyta na jazdę pod wiatr) na dodatek wybrałem odcinek terenowy przez Dziewiczą Górę, a na leśnych drogach koła topią się w błocie.
Mimo wszystko jakoś się jechało, a dawno nie byłem rowerem w Poznaniu więc zaliczam ten wypad do tych z gatunku "zaspokajaczy ciekawości" a endorfiny podskoczyły całkiem wysoko i dzień na pewno stracony nie jest. City to nie jest moje naturalne środowisko, więc i ździsiów nie robiłem za wiele.
ździsie:
Widok znad Jeziora Maltańskiego na fragment Starego Miasta w Poznaniu.
Ten wysoki budynek to Uniwersytet Ekonomiczny.
Jezioro Maltańskie
poznańskie kontrasty - wieżowce pośród kamienic.
To by było na tyle. Pozdrawiam.
Komentarze (7)
Tak, takie miasto na drodze to na pewno przeszkoda. Może wsadzić rower do auta i przejechać przez ten Poznań, a dopiero potem wysiadka i dalej w drogę :-)
Edi - Dzięki, dzięki. Niestety tego dnia nie miałem weny do fotografowania. Trollking - Dzięki. Ja wolę właśnie widok na to jezioro od strony trybun. Mogę wtedy ując cały zbiornik i pobawić się zoomem. Jelon - Racja, racja....jest tam wiele tego typu odstraszaczy dla takich naturszczyków ja ja :-) Marcin - No powiem Ci, że jak stałem przy "dokach" to parę razy dostałem z fali po nogach. Jak wieje tak silny wiatr, to na tego typu otwartych zbiornikach wytwarza się spora fala. Darek - No a ja dziś właśnie w tej nawałnicy utknąłem w Kostrzynie! Ale jak wyjeżdżałem rano, to w życiu nie spodziewałbym się takiego obrotu sytuacji. Również pozdrawiam i miło mi, że zaglądasz na mojego bloga :-)))
O mały włos zrobił bym sobie posraną wycieczkę, własnie przeszła śnieżna nawałnica. Szykując gorącą, "herbatke" do termosa upiekło mi się-pozdrowienia z potasz
Grigor - zapomniałeś jeszcze o miejskim smrodzie i zanieczyszczonym spalinami powietrzem, którego trzeba się nawdychac kręcąc podałami:/ Malta ale dzisiaj niespokojna ;D
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017