Pojechałem do lasu z myślą spokojnego kręcenia po Dziewiczej Górze. No i tak było, do momentu kiedy ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, podjechałem najbardziej stromy podjazd Dziewiczej Góry, czyli "killer" a podjechałem przecież rowerem bez tych wszystkich technologicznych ułatwiaczy jak pedały spd, ramy z karbonu, 29 calowe koła i Bóg wie co jeszcze :-) Po prostu lekkie przełożenie, opony 1,95 i czysta siła!!! Satysfakcja po wjechaniu tam na takim właśnie sprzęcie jest ogromna :-) tym bardziej, że sam mówiłem iż killera nie da się podjechać bez spd, ale na szczęście się myliłem. Po tym dokonaniu naszła mnie ochota na szaleństwa po tamtejszych singlach. Długo to nie trwało, bo po chwili walnąłem tylnym kołem o korzeń, rozwalając dętkę! Popełniłem jednak błąd nie pakując do plecaka kluczy do odkręcania kół. W moim rowerze "zimówce" nie posiadam szybkozłączy w piastach, dlatego do odkręcenia potrzebne są klucze 15. Tym sposobem nie pozostało mi nic innego jak wrócić do domu z buta....8km.
W sumie każda forma ruchu jest dobra - dziś najwyraźniej pisany był mi spacer :-)))
Dziewicza Góra - killer
Początek 8km. spacerku przez las. Przebita dętka + brak możliwości naprawy = spacer
Tak szedłem i szedłem aż Słońce zaszło....
Może jutro nadrobię dzisiejsze stracone kręcenie. Pozdrawiam.
Komentarze (10)
bierzesz ze sobą statyw do aparatu? zdjęcia jak idziesz z ręki nie zrobiłeś
Jako gówniarz na góralu z sis-ami, w czasach gdy spd w mojej głowie znaczyło tyle co dziś (czyli nic) byłem pewnie tak samo dumny jak Ty po tym jak wjechałem bez zatrzymania terenowym podjazdem pod Górę Szybowcową w Jeleniej Górze, więc rozumiem zachwyt :) a dobry spacerek nie jest zły, szkoda że z rowerem pod pachą.
bobiko - Nie no nic nie mam, dlatego nigdy w życiu bym tego nie kupił. Jednak myślę, że niestety będę zmuszony...mam nadzieję, że 26 nie znikną z rynku.
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017