Dziś jest podobno akcja "Dzień bez samochodu" dlatego mimo deszczu z rana, w myśl tej idei do pracy pojechałem rowerem. Wracając świeciło już Słońce, więc powrót z pracy był całkiem przyjemny. Przed wieczorem przejechałem się dodatkowo nad Jezioro Swarzędzkie pożegnać dzień. Okrążając jezioro ubrudziłem się cały w błocie, gdyż na ścieżkach zalegało jeszcze sporo wody po nocnych opadach. Czuć już ochłodzenie, ale powietrze jeszcze pachnie ostatkami lata...
ździsie:
Widok na swarzędzką pływalnię i wieżę ciśnień.
Jezioro Swarzędzkie - zachód Słońca.
EC Poznań - Karolin z kominem o wysokości 205m.
Komentarze (7)
A ja też na przekór pojechałem samochodem do pracy. Myślę, że bikestatsowa brać nie musi się przejmować takimi "dniami". To raczej dla spalinowych krawaciarzy i kołnierzyków z biurowców.
A ja jak nigdy pojechałem do pracy samochodem. Tak na przekór ;) Korki jeszcze większe niż w dni z samochodem :D A komin w elektrociepłowni ma 204m, mój wujek pracował przy jego budowie i mówił, że taka jest jego prawdziwa wysokość ;)
A ja jak nigdy pojechałem do pracy samochodem. Tak na przekór ;) Korki jeszcze większe niż w dni z samochodem :D A komin w elektrociepłowni ma 204m, mój wujek pracował przy jego budowie i mówił, że taka jest jego prawdziwa wysokość ;)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017