Moje stare opony założone do zimowego Felta spisywały się w dzisiejszych warunkach (gołoledź) tak jak powinny, czyli nic nie robiły, oprócz oczywiście tego że się toczyły...
Już na dzień dobry po kilkuset metrach przejechanych chodnikiem doznałem olśnienia, witając się uprzejmie z podłożem, twardym i zimnym. Na szczęście jechałem na tyle wolno, iż żadnego uszczerbku ani ja, ani rower nie doznaliśmy.
Po tej inauguracyjnej glebie jechałem nazbyt ostrożnie, aby coś podobnego miało się wydarzyć, choć czasem było blisko, szczególnie na wyboistych drogach gruntowych np. we wsi Wronczynek.
Mimo tak niesprzyjających warunków: gołoledź, minusowa temperatura, silny wiatr, po drodze spotkałem kilku hardcorowców uprawiających różne sporty np. biegi, nordic walking lub jednego rowerzystę, jednak moim zdaniem rower to najgorszy wybór na taki lód, ale co miałem zrobić jak biegać nie lubię, a i łyżew nie posiadam :-)
Uwierzcie mi, że jazda na jednośladzie po zupełnym lodzie to nie lada wyczyn. Każde nawet kontrolowanie drgnięcie kierownicy powoduje utratę przyczepności, czego skutkiem może być bolesny upadek. Dlatego jechałem dziś nadzwyczaj asekuracyjnie, wolno i nomen omen rozważnie - jeśli w ogóle mogę o tym mówić w swoim przypadku ;-)
Jednak wbrew gestom niektórych kierowców, pukających się w czoło podczas manewru wymijania ja bardzo się cieszę z tych paru dzisiejszych kilometrów i dzień uważam za nie stracony - bo pojeździłem i żyję :-)
Zdjęcia ze względu na panującą szarość otocznia, są takie jakie są, ale to przecież nasz polski klimat:
Trollking - Eee no nie był to groźny upadek, potraktowałem to jako trening równowagi :-) Ja lubię jeździć w warunkach, które inni uważają za ekstremalne . Monica - czyli potwierdziłem stereotyp gdzie mądry Polak po fakcie :-) marcingt - i dlatego właśnie cieszę się, że dorobiłem się tej zimówki. Białym Feltem pewnie też bym pauzował. Aniuta - Spokojnie, spokojnie....sielanka i u Was się skończy ;-) ramboniebieski - Ach ta robota! Ile ona czasu zabiera....ale z drugiej strony bez niej guzik bym jeździł. jelon85 - Polecam spróbować jazdy po szklaneczce mistrzu :-0 z3waza - Rowerem!? Na samą myśl boli mnie prawa część ciała :-) sikorski33 - Bieżnik w dobrym stanie to podstawa. Ja zauważyłem, że wąska opona 2.0 lepiej sobie radzi w śniegu od grubej z twardej gumy. Continental Race KIng vs Kenda Nevegal. Conti o niebo lepsza przyczepność. Ale z kolcami to już zapewne inna baja, ale mnie nie stać :-) sebekfireman - Masz podobne podejście do tematu jak ja widzę - fun musi być! :-) Dynio - Zamień w swoim słowniku słowo problem na wyzwanie, a świat zacznie nabierać innych barw ;-) benasek - Wręcz przeciwnie, jak na zimę jest całkiem spoko. Przecież dopiero od kilku dni zawitała do nas jako taka zima, a w zeszłym roku co było?
Ale Ci zazdroszczę że mogłeś sobie dzisiaj pojeździć. Całkiem dobrą średnią miałeś mimo tego lodowiska. Jak widziałem to dzisiejsze lodowisko to w myślach miałem jak fajnie by się po tym śmigało :) Ale może nic straconego, bo podobno jutro zanosi się na powtórkę.
Ja w zimę spuszczam powietrze w oponach do 2,5 atm. Oczywiście opony muszą być terenowe i w dobrym stanie. Już trzecią zimę nie leżałem. Styczeń na wybrzeżu jest zimowy. Fajnie że żyjesz hi,hi,hi. Pozdrawiam
Jesteś hardkorem Grigor! Generalnie ja też nie lubię biegać, ale od tygodnia już nic innego mi nie pozostaje jak biegać chociaż 4 razy w tygodniu dyszkę. Zimówki nie mam, a żal mi niszczyć mój podstawowy rower w który zainwestowałem sporo ciężko zarobionych pieniędzy, a żadnym bogolem nie jestem. W każdym razie moją receptą na bieganie jest myślenie przez tą okraszoną potem i bólem godzinę o tym jak to będę jeździł sobie rowerem w piękną, słoneczną pogodę :D
Hardcore jak nic, dobrze że z happy endem ;-) Czasem jednak jak widać upadki są potrzebne, aby doznać jakiegoś olśnienia i podnieść się z upadku jeszcze silniejszym ;-) Również Tobie upadek posłużył, skoro nabrałeś po nim pewnej ostrożności ;-)
No to witaj w klubie hardkorowców ;) dziwię się, że po upadku ruszyłeś, ja bym chyba odpuścił. Akurat u mnie najgorsze zaczęło się jak już siedziałem głęboko w siodełku, więc wyjścia nie miałem. Jakimś cudem jeszcze upadku w tym roku nie zaliczyłem, mimo że jechałem na slikach. Cud jakiś :) Gratuluję determinacji!
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017