Wraz z Piotrasem, moim wiernym kompanem wybraliśmy się dziś do Kórnika. Z rana pogoda była z lekka nieciekawa, jednak po każdym kilometrze na niebie chmury się przerzedzały, aż do momentu wyjścia Słońca, które potem często grzało nas w twarze mimo potwornego wiatru doskwierającego nam aż pod sam Kórnik.
W Kórniku standardowa pętelka w celach turystycznych, czyli centrum, kościół, ratusz, zamek, Jezioro Kórnickie. Następnie wlot do amerykańskiej restauracji na miliony kalorii i jazda nazad w pięknym Słoneczku i tym razem z wiatrem. Tak się zasiedzieliśmy w MakDonaldzie, że zrobiło się późno i martwiliśmy się, że możemy nie zdążyć przed zachodem. Jednak jakoś tak z wiatrem szybko mijało, nawet w niezłym błotku po drodze, że dotarliśmy do domów w przyzwoitym czasie.
Naśmiałem się dziś co nie miara! Oprócz tekstów Piotrasa, rozśmieszyło mnie stado saren, które uciekając przed nami prawie się podeptały, robiąc wiraże na polu!
Wypad bardzo udany i na prawdę cieszę się, że Piotras miał dziś czas i ochotę na wspólny wypad, mimo przeważającej ilości nudnego asfaltu :-) Jeszcze raz dzięki Piotras, a ja wykręciłem dzięki niemu kolejną setkę tego stycznia. Jest dobrze -
DO PRZODU!
To na tyle dnia dzisiejszego. Ale jedno trzeba przyznać: Piękną mamy wiosnę tej zimy!
Komentarze (12)
Ale dyskusja się zrobiła :) no dobra, to się przyznam - weganinem nie jestem (bo to już za duży hardkor), ale od jakichś 15 lat jestem wegetarianinem. Z tego powodu obiektywnym być nie mogę. Nie jestem jednak też jakimś ekooszołomem, docierają do mnie racjonalne argumenty, o których piszecie (leśnicy, który z kilkoma wyjątkami wiedzą, na czym polega rozsądne podejście do tematu). Ale - tak jak napisał Jurek57 - nie ma opcji, żeby ten wytrawny, dzielny, bohaterski i męski łowczy wiedział, jakie zwierzę wpada mu pod kulę, oczywiście podczas strzału oddanego z bezpiecznej odległości. Coby się nie pobrudzić. Bo jakoś o polowaniu w sezonie za pomocą noża nie mogłem się doczytać w forach myśliwskich, na które wczoraj z ciekawości wszedłem. Dobra, kończę ten przydługi wywód. Pozdrawiam wszystkich, mimo różnych poglądów! :)
No dobra, przyznam się...kiedyś też jadłem sarninę i przyznam, że mięso jest wprost przepyszne, a z dzika jeszcze lepsze. Mimo to jestem przeciwnikiem myślistwa, chyba że odbywałoby się ono tak jak ujął to trafnie Jurek57 no bo przecież człowiek jest mięsożerny. Ale to jest temat rzeka... Dziękuję za miłe słowa :-)
Trollking - postrzegasz może to tak, gdyż patrzysz na to tylko jako zabijanie, a prawdziwe myślistwo ma wiele innych celów. Pamiętaj też, że taką upolowaną sarnę później się konsumuje. Jeżeli nie jesteś weganem, to jadasz zapewne mięso - ono nie rośnie na drzewie, ono jest z zwierząt, które ktoś też musiał zabić. Ogólnie cała przyroda działa na wzajemnym zabijaniu się i podkradaniu.
Grigor, ale kręcisz te kilometry - jak przyjdzie wiosna to chyba co weekend będą dwusetki, a latem trzysetki :) Pociągi do Gniezna teraz jeżdżą nowoczesne, ale jeszcze nie testowałem jak w takim "Elfie" się rowery przewozi.
Tu się z kolegą Trollking zgadzam. Jak myśliwy z 100-150 m oceni w 5 sek. czy zwierzak jest słaby,chory,itp. "Selekcją" powinni zajmować się leśnicy.Oni się na tym znają najlepiej !!!
Mnie tam też szkoda zwierzaków, czy to jest w ramach przepisów czy też nie! A i tak przez te przepisy wymyślane przez ludzi na skraju zagłady widnieje wiele gatunków zwierząt :-) Ja może mam miękkie serce, bo żal mi nawet wróbla na drodze, ale nie nakręcajmy rozmowy.
No nie zgodzę się, że nikt nie jest za tym, żeby zabijać - bo nie powiesz mi, że oni robią to z obrzydzeniem i z przymusu. Dla mnie (powtarzam: dla mnie) to jakiś rodzaj chorego sadyzmu, leczenie kompleksów. Ale każdy ma prawo do swojego poglądu :) Sarny na szczęście będą już miały luz od 15-ego.
Trasa super, ale sukinsyna z piórkiem we łbie to bym samego za tym samochodem pociągnął. Bez przyczepki. Nic mnie tak nie wkurza jak wielcy (najczęściej brzuchami) miłośnicy "szlachetnego sportu" zwanego polowaniem. Męskość po zabiciu takiej groźnej sarny na pewno wrasta. Sorry, musiałem.... :)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017