Gdy wyrobiłem się z obowiązkami dnia powszedniego i zmieniłem dętkę po ostatniej panie, po 19:00 zrobiłem sobie mały trening po asfalcie, czyli jazda dla samej jazdy po prostu. Wczoraj potraktowałem rower z dużego ciśnienia na myjce i dziś strzelało nieźle w tylnej piaście, czyli brak smaru, a to znaczy że jutro mam robotę... A jadąc wojewódzką "5" miałem niezłego cykora, kiedy to zza moich pleców z ogromnymi prędkościami wyłaniały się tiry, robiąc wuchte kurzu i hałasu.
Takie oto serducho dziś wyszło:
To wszystko na dziś.
Komentarze (3)
To fakt. Ale ja stawiam na współpracę w obopólnym interesie - staram się dawać znać kiedy może wyprzedzać, jeśli widzę, że się męczy to potrafię nawet zjechać na chodnik/szuter/cokolwiek. Ale to tylko jak widzę, że to przedstawiciel tych nienachalnych, żeby ująć to jak najbardziej delikatnie :)
TIR...temat rzeka, jednych kierowców można kurwić po wsze czasy,a drudzy są naprawdę w porządku - mijają ze sporym zapasem...Jednakże nic nie podnosi tak ciśnienia, jak kierowca wspomnianego TIR''a mijający Cię na gazetę :-P
"5" lubię jeździć, szczególnie w tę stronę, w którą Ty dziś, bo jest jakoś tak z górki :) a tiry to cały urok asfaltu, są mega męczący, szczególnie jak jedziesz pod wiatr i podmuch zapychający oddech Ci jeszcze dołożą, ale w sumie to elita wśród kierowców, rzadko są z nimi przejścia. Ale bywają, nie powiem :)
Cyklozą zaraził mnie mój tata, który jak tylko nauczył małego Grigorka jeździć na rowerze, zabierał mnie na wycieczki.
Potem w wieku kilku lat na komunijnym Romecie Zenit z 3 biegami, przejechałem w rajdach szkolnych i PTTK pierwsze kilka tysięcy kilometrów.
W wieku lat 12 na rowerze trekkingowym Victus Family Cup przejechałem pierwsze 105km w jeden dzień. Była to trasa Wierzonka - Witkowo - Wierzonka. Było to bardzo nieodpowiedzialne i skrajnie wyczerpujące, ale dystans z ówczesnego licznika Sigma 300 pamiętam jak dziś.
Potem w wieku dojrzewania rower sprzedałem, żeby mieć na odżywki, gdyż ćwiczenia na siłowni zaabsorbowały mój czas na dobrych kilka lat. Kiedy już dojrzałem, zrozumiałem że rower jest tym co kocham najbardziej i kupiłem sobie porządnego górala, którym od 2010 roku jeżdżę, ciesząc się życiem i pokazując to na moim blogu bikestats.
Na wspomnianym Victusie Family Cup pamiętam, że po ok.5 latach jazdy licznik dobił do 9999km i musiałem jeździć od zera, także trochę przed bikestats też się jeździło. Choć na bs jestem od 2010 roku i na koncie mam odwiedzonych wiele ciekawych miejsc w kraju, to myślę że to co najlepsze, jest jeszcze przede mną, bo cały czas się rozwijam i dojrzewam. Rower to wspaniała przygoda, więc przygodo trwaj!
DO PRZODU! JAZDAAAAA!
Moje maxy (MTB):
max dystans jednego dnia: 325 km. 30.07.2012r. Wierzonka - Gdańsk - Hel
max prędkość: 70km/h zjazd w Mosinie
max km w miesiącu: 2063.73 km. maj 2011
max km w roku: 11379,54 km 2017